Wednesday, 22 February 2017

Dekalog pracy z domu



0. DISKLEJMER I KREDITSY

Piszę o tym, na czym się znam: o pracy z domu w branży IT/lokalizacyjnej, w stałym związku i z kilkorgiem dzieci w niedużym domku. Mam też jakie-takie doświadczenie w pracy z mieszkania z facetem i kotami oraz w sytuacji, kiedy mieszka się solo i nie ma się żadnych zobowiązań wobec niczego żywego. Zahaczam o doświadczenie mojego ojca, który godził pracę na pół etatu z opieką nad moją matką sparaliżowaną po udarze, a teraz pomaga mi ogarniać dom, kiedy pracuję – i już po kilku latach się nienajgorzej dogadujemy. Mniej wiem o mieszkaniu na stałe z rodzicami lub teściami, bo tego nie ćwiczyłam dłużej niż kilka tygodni.
Oprócz własnych doświadczeń korzystam z tego, czego nauczyła mnie Jola (kiedy wchodziłam w temat „praca w domu z dziećmi na pokładzie”, ona miała w tym już sporą praktykę), czym wymieniałam się z Ewą i Arlettą (podobnie) i co powiedziała mi pani psycholog Natalia (to było jedno z lepiej zainwestowanych 700 PLN w moim życiu – będę zaznaczać, które informacje pochodzą ze źródła profesjonalnego). Przyznaję się też do korzystania z opowieści i obserwacji znajomych bliższych i dalszych (alfabetycznie Agenor, Agnus, Marek, Przemek).

1.      PRZEJRZYJ PRIORYTETY OKOŁOPRACOWE

Na potrzeby tych rozważań proponuję ustalić mniej więcej takie:
1)  Ty.
2)  Twoja praca.
3)  Twoi domownicy.
4)  Twoje pasje, czas wolny, hobby, rozrywki i odpoczynek.
Jeśli Twoim najwyższym priorytetem jest zawsze to, co myślą o Tobie rodzice i teściowie, o co żona znów się gniewa albo dlaczego dzieci nic nie jedzą, to proponuję przerwać czytanie w tym momencie. Jesteś dla mnie kosmitą z innej galaktyki, nie porozumiemy się.

2.      SPRÓBUJ POLUBIĆ PRACĘ ALBO TO, CO Z NIEJ WYNIKA (NP. PIENIĄDZE)

Zdaje się Havel mówił (nie umiem znaleźć cytatu), że pracy nie trzeba traktować poważnie – pracę trzeba lubić. Praca w domu to nie kasa w Biedronce ani suwnica w Pafawagu – nikt Cię nie pogania, nikt Cię nie kontroluje ani nie motywuje. Ja weszłam w tryb pracy z domu w sytuacji, kiedy byłam już dość mocno zaangażowana w to, co robiłam; okazało się, że zamiast biurowego biurka pełnego segregatorów wystarczy mi laptop, notes i coś do pisania plus dostęp do Internetu i VPN do sieci firmowej (ale o miejscu pracy będzie za chwilę), a na to, czy szef na mnie patrzy, i tak mam wywalone. Co więcej, okazało się, że większym problemem jest decyzja kiedy przestać (o tym też będzie później). Z tego co słyszałam, trudniej jest ustawić sobie domowy warsztat pracy, kiedy dopiero zaczynasz (albo zaczynasz w danym zawodzie) i masz to zrobić w domu. Czyli w 100% bez nadzoru i bez wsparcia kolegów.  Ale podobno też się da.
A jeśli po prostu nie lubisz swojej roboty, to do cholery zamknij oczy i pomyśl o Anglii. O tym zmywaku, na który nie musisz jechać.

3.      PRZEMYŚL MIEJSCE PRACY

To bardzo indywiduwalna sprawa – jeśli mieszkasz solo, to konieczność wydzielenia „domowego biura” w 100% zależy od Ciebie. Mnie się udawało robić całkiem sensowne rzeczy zawodowe z kawałka podłogi przy gniazdku elektrycznym, z materaca w mieszkaniu kolegów i tak dalej. Są jednak osoby, które do skupienia się i przejścia w tryb zawodowy potrzebują wielkiego czystego biurka i wygodnego, regulowanego krzesła – zatem trzeba takie biurko pozyskać. Jeśli dochody dopiero będą, to niekoniecznie musisz od razu wydawać ciężkie tysiące; popytaj znajomych, na ogół ktoś ma coś do oddania. To nie jest żebractwo, to jest eko!
Jeśli mieszkasz z ludźmi, a w szczególności z dziećmi, to weź pod uwagę, co mówią psychologowie: dla dzieci do lat 3 jeśli Cię widać, to jest do Ciebie dostęp. Nie działa żadne „zaraz”, „nie mogę, bo pracuję” ani „będę mieć czas za dwie godziny”. Dodam od siebie, że reguła ta dotyczy też starszych dzieci, osób chorych i niepełnosprawnych oraz 90% zdrowych osób dorosłych, nawet tych, które doświadczyły w swoim życiu pracy umysłowej przy biurku w domu i teoretycznie powinny rozumieć, że jak siedzisz i klepiesz w klawisze względnie coś czytasz, piszesz albo rysujesz, to nie, nie możesz powiedzieć, gdzie są pieluchy, czy już wstawiać ziemniaki ani czego dotyczy awizo ze skarbówki. (Zdarzyło się może z rok temu, że do mego domowego biura w piwniczce przyszedł mój osobisty ojciec w poszukiwaniu kombinerek. Nie mam, zobacz obok w warsztacie mego chłopa, mówię na to. Już szukałem, rzecze ojciec. Zadzwoń do niego do biura, zaproponowałam. A co mu będę w pracy przeszkadzać – odparował mój tatko. No i tu, przyznam, trochę eksplodowałam.)

4. PLANUJ CO MASZ DO ZROBIENIA

Brzmi jak oczywista oczywistość, ale w wielu zawodach sterują nami sygnały z zewnątrz. Przyszedł klient z rzygającym kotem, kolega prosi o cegłę, dzikie gęsi wpadły w oba silniki, pacjent się zatrzymał i tak dalej. No a w domu – jeśli nie pracujesz w rozproszonym call center – coś w rodzaju planu dnia ustalasz samodzielnie. Jeśli przede wszystkim programujesz, piszesz albo tłumaczysz, to najprawdopodobniej wypracujesz sobie dzienną normę (możesz o nią pytać bardziej doświadczonych znajomych z branży; podpowiem – tłumaczenia techniczne z języka obcego na nasz to na ogół 2000-3000 słów dziennie). Żeby nie oszaleć od przerywaczy, możesz wyznaczyć sobie „punkty kontaktowe” w ciągu dnia pracy na sprawdzenie poczty i innych kanałów komunikacji: czy przyszło nowe zlecenie, co znów spieprzyła korekta, kiedy zleceniodawca obiecał puścić spóźnioną płatność itd. Jeśli przede wszytkim komunikujesz się, koordynujesz lub w inny sposób pracujesz z ludźmi, to poniekąd odwrotnie: wyznacz sobie stały segment dnia na czynności wymagające skupienia, np. pisanie czegoś bez przerywników. Mądrzy ludzie radzą, żeby od tego zaczynać pracę. Ja się z nimi w zasadzie zgadzam, na swój użytek dodałam też drugi segment – na zajęcia „o złożoności obliczeniowej wyszywania krzyżykami”, to znaczy nudne a proste dłubaniny, ani z ludźmi, ani kreatywne, ale niestety potrzebne. Takie rzeczy można oblecieć w najgorszym kawałku dnia.
Niezależnie od rodzaju pracy przydaje się coś, gdzie zapisujesz (przynajmniej) rzeczy do zrobienia na dany termin, również wtedy, kiedy został on wymyślony przez Ciebie. Mnie największy komfort daje papierowy terminarz i długopis, wiele osób chwali sobie różnej maści apki i organizery. Cokolwiek, byle wiedzieć, kiedy obiecujesz zrobić trzy rzeczy w tym samym czasie.

5. PORZUĆ WIARĘ W CZAS RÓWNOLEGŁY (ORAZ POCZUCIE WINY)

To znaczy: jak pracujesz, to nie zajmujesz się domem, nie odbierasz paczek, nie odprowadzasz dzieci, nie gotujesz obiadu, nie robisz prania, nie podlewasz grządek – i to jest OK. A dokładniej: jak robisz te wszystkie rzeczy, to w tym czasie nie pracujesz.
Przyjmijmy, że na dojazdach do pracy zaoszczędzasz godzinę czy nawet dwi e dziennie. Jeśli chcesz, możesz w ten czas wcisnąć na przykład zakupy z wizytą na poczcie plus wstawienie i rozwieszenie jednego prania. Ale dzieci, obiad i grządki już się nie zmieszczą – to znaczy, że albo trzeba je przekazać komuś innemu, albo Twój dzień pracy będzie krótszy niż Ci się wydawało. To działa też w drugą stronę: możesz wmontować w zaoszczędzone godziny małą wycieczkę motorem albo farbowanie włosów, albo ze dwa odcinki serialu, ale nie wszystkie te rzeczy naraz. Cudów nie ma, a ze zmieniaczem czasu nawet Hermiona Granger nie czuła się za dobrze.
A propos czucia: wypieprz na śmietnik poczucie winy, że Twój czas nie jest z gumy, a zaraz za nim poczucie obowiązku, żeby załatwić wszystkie pozapracowe rzeczy, skoro „siedzisz w domu”. W przeciwnym razie będziesz jak ten frajer, co na jachcie przysiadł w zejściówce do kabiny i niby nic nie robi, ale ludzie od szotów i steru wciąż go ganiają: podaj sztormiak, zrób kanapkę, odłóż sztormiak podaj okulary, daj coś do picia, sprawdź gdzie są kapoki, a co tak śmierdzi z zęzy. Nie chcesz tego, prawda? Jeśli Twoi bliscy (albo Twój głos wewnętrzny) domagają się zrobienia czegoś, co nie mieści się w Twoim planie dnia, to zadaj im (albo sobie) pytanie: a jak jestem na suwnicy w Pafawagu albo na kasie w Biedronce, albo pilotuję właśnie Tupolewa, to jak niby zrobię to w godzinach pracy? Nie zrobię i wszechświat jakoś to musi znieść. (Tu znowu przypowiastka. Pracowałam w kanciapce na parterze domu, a na zewnątrz skacowany pan brukarz układał ścieżkę. No i jak się biedny – cytuję – jebnął młotkiem w palec, to przyleciał do mnie, brocząc na podłogę, i pani Martusiu, nie ma pani bandaża bla-bla. Pani Martusia miała bandaż, octenisept i zimny okład, a potem jeszcze starła juchę z posadzki. No i OK, czasem można być człowiekiem, ale jak to się zsumuje z listonoszem, inkasentem i dostawcą drewna, to kiedy pracować? I czy brukarz układający kostkę wkoło pustego domu na pewno umarłby z wykrwawienia?)

6. USTAL, KTO CI POMAGA (I CZY NA PEWNO)

Jeśli nie potrzebujesz żadnej pomocy (również po przeczytaniu poprzedniego punktu), to ten kawałek Cię nie dotyczy. Jeśli jednak masz w domu małe dzieci, kogoś chorego albo starszego, dużo zwierząt lub sprzątania, to prawdopodobnie potrzebujesz pomocy, żeby wykroić czas na pracę. Zastanów się, czy uda się tak rozdzielić zadania między domowników, żeby wszystko w miarę działało. Patrz wyżej – nie wszystko może przypaść Tobie, nawet nie dlatego, że to niesprawiedliwe, tylko po prostu nie popracujesz, kiedy robisz coś innego. Od Joli dostałam na przykład bezcenną radę: przy małym dziecku pracujesz tyle godzin, na ile masz opiekunkę. Podpisuję się pod tym oburącz. Jasne, że w awaryjnej sytuacji można cały dzień ganiać za trąblem, a zlecenie nadgonić w nocy. Ba, zdarzyło mi się prowadzić telekonferencję w trakcie gotowania zupy. Ale na dłuższą metę wychodzi tak jak mówi Jola.
Jeśli pomoc, to  albo płatna, albo ochotnicza – i albo obca osoba, albo ktoś z rodziny (uwaga, to nie musi być ta sama linia podziału: rodzinie można płacić, a sąsiad może pomóc za darmo). Statystycznie wychodzi tak, że najłatwiej wyegzekwować to, czego Ci trzeba, od obcej osoby za pieniądze, a najtrudniej – od rodziny pomagającej Ci z dobrego serca. Z rodziną często trzeba przywoływać definicję: pomoc nie polega na tym, co pomagający uważa za słuszne i pożyteczne, tylko na tym, co Ty za takowe uważasz. Jeśli więc oczekujesz 4 godzin spokojnej pracy wolnej od kochanego dzieciątka, a dobra ciocia czy dziadzio przyjdą ponosić Twoje dziecko przez godzinę na rękach (zamiast z nim poganiać), uśpią je i wymkną się z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, to najprawdopodobniej za kolejną godzinę obudzi Ci się wynudzony, pełen energii bachor, którym musisz się natychmiast zająć (i tak do końca dnia); nietrudno obliczyć, że dwóch godzin Ci zabrakło.
Z profesjonalistmi też nieraz trzeba twardo ustalić warunki i nie mieć oporów przed wymianą jednej osoby na inną, jeśli nie możecie się dogadać – ale przy tym założeniu w końcu trafi się na właściwą siłę fachową do pomocy. Z mego doświadczenia była to na przykład kwestia znalezienia niani, która ma dużo energii do zabawy z małymi dziećmi, najchętniej na dworze, a nie pani, która puściłaby dzieciom bajkę w telewizorze i zajęła się prasowaniem. Nie wiem na ile uniwersalne będą te proporcje, ale na 10 opiekunek do dzieci znalazłam 2 genialne, 2 patologie i 6 lekkopółśrednich albo przelotnych. Bardzo polecam agencje pośrednictwa – za niewielką w sumie opłatą (w stosunku do czasu, jaki możesz stracić) odsiewają osoby kompletnie niepozbierane, które najzwyczajniej umawiają się i nie przychodzą.
(Z rozmowy z psychologiem: starsze opiekunki do dzieci są praktycznie niewyuczalne, czyli albo w 100% odpowiada Ci to co „niania” robi, albo poszukaj innej. Uwaga – przy starszej niani jest też trochę większe ryzyko pedofilii i innych nadużyć. Nie licz na to, że na pewno od razu wykryjesz takie rzeczy „jednym okiem”, bo niby jesteś w domu. Z drugiej strony, praca w domu to świetny test na opiekunkę: musi być dla dzieci bardziej atrakcyjna, niż rodzic, o którym wiadomo, że gdzieś tam jest. Jeśli więc mówi „ja sobie z nimi lepiej radzę, kiedy państwa nie ma w domu”, to niestety nie jes to ten dom, w którym zarobi na chleb i kiszkę od święta.)
Analogicznie wygląda sprawa opieki nad osobą chorą czy starszą. Jeśli na przykład świetnie załatwiasz zakupy, sprzątanie i pranie, za to trudno Ci podopiecznego nakarmić, to szukasz pomocy tak długo, aż trafisz na tę ze skillem karmienia łyżeczką i bez ciągot do odkurzacza.

7. WSŁUCHAJ SIĘ W ZEGAR BIOLOGICZNY

Niektórzy ludzie najlepiej pracują od 8 rano, niektórzy podobno nawet od 6. Szanuję i podziwiam jednych i drugich – ja nie mogę, mózg włącza mi się koło 10. Dlatego jeśli pracuję w domu, to zamiast spędzać czas na gapieniu się tępo w monitor i łapaniu doła, że nic z tego nie wynika, wolę o poranku wywlec się na zakupy i spacer, a przy robocie zameldować się później. Ale to ja! Nie daj sobie wmówić, że jakiś rozkład dnia jest lepszy od innego. Jeśli pracujesz efektywnie między 16 a 18, to postaraj się mieć dla pracy właśnie te godziny. Jeśli wolisz wtedy się zdrzemnąć albo iść na spacer, a pracować w nocy – go for it. Oczywiście wymaga to dogrania grafiku ze współpracownikami, domownikami i ewentualnymi osobami do pomocy, ale warto zawalczyć o swoje.
Druga sprawa: oceń, na ile potrzebujesz wychodzenia z domu i kontaktów z ludźmi. Są osoby, które umieją i lubią finiszować ważne projekty w taki sposób, że robią zapasy żywności, wody i leków na tydzień i prawie nie odchodzą przez ten czas od komputera, co najwyżej przerywając pracę grą czy filmem. Są też tacy (to ja), którzy po dobie w tym trybie rozsypują się psychicznie, a do tego nie bardzo umieją używać komputera do odpoczynku (wstyd się przyznać, ale nie toleruję nawet e-booków – jeśli mam czytać dla przyjemności, to musi to być książka na papierze, do tego najchętniej na łóżku albo w kawiarni). Podobnie jedni są tym szczęśliwsi, im dłużej nie zamieniają z nikim ani słowa – inni schną i więdną bez interakcji. Dlatego nie powiem ani „wychodź codzienie z domu”, ani „zapewnij sobie maksymalne odcięcie od świata”. Wypróbuj i oceń, z czym Ci najlepiej.
Trzecia ważna informacja, skonsultowana z fachowcami: nie każdy pracuje w stałym rytmie. Niektórzy mają dni marazmu przeplatane napadami zasuwania. To jest OK, jeśli wyniki z dłuższego okresu są zadowalające. Postaraj się rozpoznawać swoje gorsze dni i wrzucać w nie zajęcia bardziej prymitywne. Jeśli w lepszych dniach potrafisz zdziałać tyle, żeby utrzymać się na fali, to widocznie tak Ci jest pisane. (W biurze czy w innej pracy wśród ludzi Twoje falowanie trochę się rozmywa, bo szef, podwładni i współpracownicy nakładają się na nie ze swoimi falami i nieraz potrafą Cię zmusić do wysiłku w słabym momencie albo niestety wręcz przeciwnie – zdusić Twój zapał 3-godzinnym zebraniem.)

8. WYZNACZ SOBIE FAJRANT(Y)

Na początku pracy w domu czasem trudno się do niej zabrać – na końcu trudno stwierdzić, że to koniec. W świecie laptopów, wifi i smartfonów można być w pracy bez przerwy. Ale nie trzeba. Po umownych 8 godzinach (dla kogoś jest to 6, dla kogoś innego 10) działasz nieefektywnie i popełniasz błędy. Czasami jesteś w stanie już tylko rejestrować kolejne maile, problemy czy zlecenia, ale nic sensownego z nimi nie zrobisz – trzeba będzie i tak wrócić do tych tematów. Ryzyko, że w czasie kolacji offline przegapisz kontrakt życia, jest znacznie mniejsze, niż szansa na to, że pracując przy stole, spieprzysz średnio ważny projekt, wkurzysz rodzinę, nadepniesz na kota i zadławisz się kartoflem. Dlatego odłącz się w pewnym momencie. Możesz pracować od rana do obiadu albo od południa do wieczora, albo rano i wieczorem z przerwą w środku dnia, albo w trzech odcinkach, albo jeszcze inaczej – ważne, żeby sobie powiedzieć, kiedy nie pracujesz. I (mniej więcej) trzymać się tego. 

9. WMONTUJ W KAŻDY DZIEŃ CZAS NA ODPOCZYNEK

Praca w domu nie jest odpoczynkiem od innych zajęć, a obowiązki domowe nie są odpoczynkiem od pracy. Dla zachowania równowagi potrzebujesz trzeciej nogi, czyli odpoczynku. Czy to spacer, czy sport, medytacja, gra, książka czy serial – nie mnie oceniać. Codziennie 30 minut czasu dla siebie to rozsądne minimum (potwierdzone przez psychologa). Jeśli te 30 minut ledwo-ledwo wyciskasz, to zawalcz o jeden wolny wieczór w tygodniu na robienie czegoś fajnego – samotnie albo z kimś, kogo lubisz.
Jeśli jesteś rodzicem albo jedynym opiekunem chorej osoby, to nie wpędzaj się (ani nie daj się wpędzić!) w poczucie winy, kiedy robisz coś dla siebie. Aż trudno uwierzyć, jak poprawia się jakość Twojego kontaktu z bliskimi po tej magicznej półgodzince relaksu. Jeśli musisz na ten czas puścić dzieciakom świnię Peppę albo babci coś, co też ma ryja, to niech tak będzie – za to potem będą mieli Ciebie, a nie wkurwionego zombiaka, co myśli tylko, żeby ten dzień się skończył. Ale uwaga: pół godziny relaksu to jest coś, co nie jest ani pracą, ani obowiązkami domowymi. To znaczy, że w tym czasie nie piszesz już ostatniego maila ani nie nastawiasz trzeciego prania.

10. ZAOBSERWUJ, CO CIĘ WKURWIA (I NIE OKŁAMUJ SIĘ)

Przyglądaj się sobie i działaj tak, żeby było Ci lepiej. Żadna inspekcja BHP nie przyjdzie i nie załatwi tego za Ciebie.
Jeśli wkurwiają Cię hałasujące dzieci, to nie obwiniaj się o to, że ich nie kochasz, i nie postanawiaj sobie, że od jutra to zmienisz, tylko zorganizuj takie miejsce pracy, do którego nie mają dostępu (być może kosztem zestawu wypoczynkowego, meblościanki z kryształami albo specjalnego schowka na sprzęt do bimbru; wybacz złośliwość, za dużo napatrzyłam się na wszelkie domowe „niedasie”). Jeśli irytują Cię dorośli domownicy, bo ciągle czegoś chcą albo traktują Twoją pracę jak sposób na miganie się od innych zajęć, to raz wyjaśnij im krótko, że Ci to przeszkadza, a każdy następny raz powtarzaj komunikat w wersji jeszcze bardziej skróconej. W końcu zadziała.
Jeśli irytuje Cię bałagan w miejscu pracy, to nie zrzędź, że taki Twój los, tylko pozyskaj biurko, rób na nim porządek i stanowczo zabroń domownikom dotykania czegokolwiek. To też w końcu zrozumieją. (Gorzej z kotami – one od razu zrozumieją zakaz, ale do końca świata będą sprawdzać, czy nadal obowiązuje. Polecam karton formatu A4 – np. przykrywkę po pudle, w jakim sprzedaje się ryzy papieru do drukarek; większość kotów uwielba się w tym kłaść. Przylepiasz karton do biurka taśmą dwustronną i masz zwierzę spacyfikowane. W razie większej liczby kotów potrzeba więcej kartonów i taśmy. Kotów nie kleimy.)
Jeśli nie możesz patrzeć na swoje stare kapcie, kalesony i kołtun na głowie, to niezależnie od pory dnia i liczby domowników ubieraj się do pracy porządnie, jak do biura; nie żeby zaraz gajer czy garsonka, ale business casual czy nawet sportowa elegancja (z goleniem względnie makijażem) wielu osobom bardzo dużo zmienia w samopoczuciu.

Jeżeli wkurwia Cię moje wymądrzanie się na ten temat, to bardzo dobrze – napisz ze dwa swoje przemyślenia, może skorzystam.

2 comments:

  1. Tak ogólnie to jest znakomity tekst - ja sama doszłam do większości tych rzeczy po jakimś roku pracy z domu, (no ale gdybym wtedy o tym po prostu przeczytała, to nie musiałabym sama dochodzić, nie?). I oczywiście dochodząc popełniłam masę błędów. Na przykład próbowałam brać na siebie jak najwięcej obowiązków domowych, no bo skoro nigdzie nie dojeżdżam i oszczędzam na tym sporo czasu, no i jestem na miejscu, to powinnam to być ja - i na przykład nie uwzględniałam tego, że często zakupy/pocztę/pralnię/urząd prościej, szybciej i łatwiej załatwić tej osobie, która wychodzi z domu, bo nie musi w tym celu się specjalnie zbierać/przebierać/szukać kluczyków do samochodu/jechać 20 minut w jedną stronę i 20 minut w drugą, tylko załatwi to w kwadrans po drodze do/z pracy albo w przerwie na lunch.

    I jest to sama prawda, że w te zaoszczędzone na dojazdach 1,5 h da się wcisnąć zakupy/pocztę ALBO pranie i prasowanie ALBO ogarnięcie kuchni i zrobienie obiadu, ale nie wszystkie te 3 rzeczy na raz.

    ReplyDelete
  2. Bardzo dobry tekst. Szkoda, że go nie było kilkanaście lat temu, jak zaczynałam :)

    ReplyDelete